Katalończycy zawsze zdawali sobie sprawę, że początki budowania niepodległego państwa będą trudne, a konsekwencje mogą być poważne. Wiedzieli oni o co walczą od wielu lat i konsekwentnie realizowali tę linię polityczną - mówi dr Agnieszka Grzechynka, doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, badaczka współczesnej sytuacji politycznej Katalonii.

W sondażu przeprowadzonym w czerwcu tylko 41 procent Katalończyków było za odłączeniem się od Hiszpanii. Teraz, w referendum, ta liczba wzrosła do 90 procent. Skąd taka różnica? Czy wpływ na to miała brutalna akcja hiszpańskiej policji?

Wszystko to, co działo się tydzień, kilka dni przed referendum, czyli: konfiskowanie kart wyborczych i urn, naloty na drukarnię, zatrzymywanie przedstawicieli ministerstw katalońskich, spowodowało, że w Katalończykach zaczęło budzić się poczucie krzywdy. I nawet ci, którzy do tej pory twierdzili, że być może zasadne są twierdzenia rządu hiszpańskiego, że referendum jest nielegalne i właściwie może nie warto głosować, zaczęli się wtedy zastanawiać, czy faktycznie ta ich wolność nie jest ograniczana przez Madryt.

Mieli oni bowiem przed sobą klasyczne przykłady tego, jak demokracja nie powinna funkcjonować. Więc nawet te osoby, które wcześniej nie były zainteresowane samą tematyką czy głosowaniem, stwierdziły, że warto pójść do wyborów. Może nawet nie tyle po to, żeby głosować za niepodległością Katalonii, ale po to, aby skorzystać ze swojego demokratycznego prawa.

A czy mieszkańcy Katalończycy faktycznie pragną niepodległości, zdają sobie sprawę z czym to się wiąże, czy może działali pod wpływem impulsu i był to chwilowy zryw?

Przygotowując swoją ostatnią książkę na temat Katalonii [„Doktryna katalonizmu a współczesna polityka językowa Katalonii wobec imigrantów”], przeprowadziłam wiele rozmów: zarówno z Katalończykami, których nazwałabym „przeciętnymi Kowalskimi”, jak i katalońskimi politykami. Jedni i drudzy byli już od kilku lat świadomi tego, że tym do czego Katalonia obecnie dąży jest niepodległość. Zdają sobie oni sprawę - zdawali sobie też z tego sprawę, idąc do wyborów - że gdyby faktycznie doszło do budowy niepodległego państwa katalońskiego, pierwsze lata będą trudne. Najprawdopodobniej Katalonia znajdzie się poza Unią Europejską, być może kilka firm, które mają w tej chwili swoje siedziby w Katalonii, zdecydują się przenieść, może będzie wtedy na rynku mniej miejsc pracy, a standard życia spadnie. Jednak byli oni świadomi tego, że są to konsekwencje wolności i posiadania własnego państwa. Mam wrażenie, że idąc do wyborów, ci Katalończycy byli w pełni świadomi tego, jakie będą tego konsekwencje i co mogą na tym zyskać. Dlatego twierdzenia, które czasem słyszymy, że mieszkańcy Katalonii podczas referendum opierali się na emocjach, a nie na rozsądku oraz że nie bardzo wiedzieli co robią i jakie będą tego konsekwencje, nie są uprawomocnione. Katalończycy wiedzieli o co walczą od wielu lat i konsekwentnie realizowali tę linię polityczną.

Czy według Pani Doktor działania katalońskiego rządu nie są zbyt pospieszne? Lider Katalonii Carles Puigdemont ma ogłosić niepodległość już dzisiaj lub jutro.

Wydaje mi się, że w tej chwili rząd Katalonii chce po prostu zrealizować to, co zapowiadał już od dłuższego czasu. Warto przypomnieć, że od wyborów do lokalnego parlamentu w 2015 roku słyszeliśmy deklaracje, że należy jak najszybciej przeprowadzić referendum niepodległościowe i jak najszybciej tę niepodległość ogłosić. Fakt, że czekano z organizacją referendum dwa lata sugeruje, że ten pośpiech wcale nie był aż tak duży, że faktycznie starano się wcześniej wszystko przemyśleć i zorganizować. Opracowano między innymi białą księgę transformacji i akty przejściowe, które w sposób płynny zapewnią potencjalne przejęcie władzy i organizację struktur państwowych oraz zagwarantują, że prawo unijne oraz międzynarodowe nadal będzie przestrzegane w Katalonii. Więc trudno mówić tutaj o jakimś pośpiechu, ponieważ przygotowania trwały już od wielu lat.

Także to, że w tej chwili faktycznie pojawiła się zapowiedź, że po referendum wystarczy odczekać 48 godzin (w tym przypadku minął już tydzień), aby ogłosić potencjalną niepodległość, też nie jest specjalnie przyspieszone.Wszyscy wiedzieli, że to ogłoszenie niepodległości będzie miało miejsce. Wydaje mi się, że Katalończycy starają się tu po prostu dawać jak najmniej czasu na analizę tej sytuacji zarówno Hiszpanii, jak i obserwatorom zewnętrznym. Być może liczą oni na to, że kiedy niepodległość zostanie ogłoszona, nie będzie już miejsca na wątpliwości czy przekonywanie Katalończyków, że być może nie tędy droga. Hiszpania i społeczność międzynarodowa wtedy będą musiały zmierzyć się z faktem i konkretami. Wtedy Katalończykom będzie łatwiej walczyć o sprawę, a rządowi w Madrycie i obserwatorom zewnętrznym będzie trudniej - będą musieli ustosunkować się oni faktycznej sytuacji i zdecydować się czy uznać państwo katalońskie, czy nie.

W niedzielę na ulice Katalonii wyszły setki tysiące osób, które zaprotestowały przeciwko niepodległości Katalonii i opowiedziały się za jedną Hiszpanią. Czy ten sprzeciw wpłynie na działania katalońskiego rządu? Czy może Puigdemont wycofa się z chęci deklaracji niepodległości?

Przyznam szczerze, że też się nad tym zastanawiam. Fakt, że tak wielu ludzi wzięło udział w tych demonstracjach wyraźnie pokazuje, że zarówno społeczeństwo katalońskie, jak i społeczeństwo hiszpańskie dąży do dialogu. Mimo że jedna i druga strona mają swoje racje, które do tego są zupełnie różne, to jednak wszystkim zależy na tym, aby ten problem i ten konflikt pokojowo rozwiązać. Wydaje mi się, że rząd Katalonii popełniłby ogromny błąd, gdyby nie wziął pod uwagę tych głosów. Prawie milion mieszkańców, którzy wyszli na katalońskie ulice i domagali się dialogu i pokojowego rozwiązania, to bowiem wyraźny sygnał, że być może wcale nie wszyscy Katalończycy poszli zagłosować w referendum. I że być może większość Katalończyków wcale nie opowiada się za niepodległością. Może więc należałoby to sprawdzić w jakiś dodatkowy sposób, na przykład starać się o organizację kolejnego referendum albo podjąć jakąś inną formę, w której wypowiedzieć by się mogło całe społeczeństwo katalońskie, a nie tylko te czterdzieści kilka procent, które faktycznie głosowało 1 października.