Urodzona na początku I wojny światowej Pelagia Płotka ze...

Urodzona na początku I wojny światowej Pelagia Płotka ze Żnina świętowała setne urodziny

Maria Warda

Express Bydgoski

Aktualizacja:

Express Bydgoski

Pelagia Płotka jest najszczęśliwsza, kiedy odwiedza ją wnuk Dariusz z żoną

Pelagia Płotka jest najszczęśliwsza, kiedy odwiedza ją wnuk Dariusz z żoną ©Maria Warda

Jubilatka przyznaje, że życie jej nie oszczędzało. Już jako 14-letnia dziewczynka musiała zarabiać na swe utrzymanie. Najwięcej miłości daje jej wnuk Dariusz i jego żona.
Pelagia Płotka jest najszczęśliwsza, kiedy odwiedza ją wnuk Dariusz z żoną

Pelagia Płotka jest najszczęśliwsza, kiedy odwiedza ją wnuk Dariusz z żoną ©Maria Warda

Urodziła się pani na początku wielkiej wojny. Mama musiała być bardzo dzielna?
Kiedy miałam się urodzić mój ojciec musiał pójść na wojnę. Poszedł we wtorek, a ja się urodziłam w czwartek. Byłam trzecim dzieckiem w rodzinie. Mama musiała pracować, więc najczęściej zostawałam pod opieką czteroletniej siostry i dwuletniego brata. Tato wrócił z wojaczki po 6 latach. Byłam taka ciężka, że miał problem, aby mnie podnieść do góry. Kiedy wyruszał na wojnę, Polska była w niewoli, wrócił do wolnego kraju.

Jest pani rodowitą żninianką?
Urodziłam się w budynku przylegającym do kamienicy państwa Smorowskich, przy ulicy Gnieźnieńskiej. Mama pracowała u nich na tartaku. Dom był blisko ich zakładu pracy. Było tam bardzo ładnie, mieliśmy ogród. W domu było ciężko bo urodziły się kolejne dzieci, razem było nas siedmioro. Jak skończyłam 14 lat musiałam iść do pracy. Najpierw bawiłam dzieci u Wilhelmów, a później dostałam się do zakładu fryzjerskiego pana Derecha. Nie uczyłam się jednak fryzjerstwa, tylko miałam za zadanie utrzymywać porządki i też bawić dzieci. Kiedy skończyłam 22 lata, w 1936 roku, wyszłam za mąż. Przeprowadziliśmy się z mężem na ulicę Łąkową. Gdy miał się urodzić pierwszy syn, wybuchła II wojna światowa. Uciekliśmy ze Żnina. Jan urodził się w Mogilnie. Dobrzy ludzie nas przyjęli, w kuchni postawili łóżko, wkrótce wróciliśmy do Żnina. W 1943 roku urodził się nasz drugi syn Wojciech. Niestety dużo rzeczy zapomniałam, mam przecież już sto lat.

A pamięta pani jak poznała męża?
Mój brat był na służbie w wojsku, wspólnie ze śp. doktorem Kowalikiem. Już po wojsku co dwa lata musiał brać udział w ćwiczeniach. Jak wrócił to pomagał rodzicom doktora. Mój mąż często się z nimi spotykał, przychodził do brata do mojego domu, mama go zupą częstowała, bo u nas warzyw było dużo i tak się poznaliśmy. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, bo jego rodzina na płuca chorowała i na te płuca umierali. Mąż też umarł na płuca ponad 35 lat temu. Pracował w składzie węgla w Słębowie. Dostał pierwszą rentę i umarł. Synowie też umarli młodo. Zostawili żony i dzieci.

Po wojnie z budynku w podwórzu wprowadziliście się do secesyjnej wilii państwa Smosarskich, właścicieli tartaku. Jak oni na to zareagowali?
To mieszkanie, w którym jestem dostali rodzice, ja dopiero później przeprowadziłam się do nich z ulicy Łąkowej. Pani Smosarska z wojny nie wróciła, wróciła natomiast jej córka z ojcem, zapewniała, że nie ma do nas żalu. Mówiła, że możemy spokojnie mieszkać, tylko nie podobało jej się, że mam za dużo kur, które zabrałam z Łąkowej. Smosarskich nikt nie wyrzucił, mieli w wilii swoje mieszkanie, ale już nie cały dom. Nie wiem co się z nimi stało, bo już tu nie ma nikogo z ich rodziny. Budynek w końcu przejęło miasto. Teraz gmina jest odpowiedzialna za jego utrzymanie.

Po wojnie już chyba nie bawiła pani dzieci?

Mój ojciec miał kiosk nad Gąsawką, w tym miejscu gdzie dziś jest sklep „Patrycja”, tam sprzedawałam głównie słodycze i piwo. Później kiosk przejęły PSS, przerzucili mnie do sklepu spożywczego na Placu Wolności, na który wszyscy mówili „jedynak”. Nie podobało mi się tam, bo roboty było dużo, a pieniędzy mało, wróciłam do kiosku nad Gąsawką, gdzie doczekałam emerytury.

Chwali sobie pani żywot emerytki?

Gdy byłam samodzielna nie było źle, ale z biegiem lat jest coraz smutniej. Nie mogę nigdzie wychodzić, ostatni raz byłam w Biedronce ponad 10 lat temu, złamałam wtedy nogę więc nigdzie nie wychodzę. Moi rówieśnicy dawno nie żyją, synowie też zmarli, więc powodów do radości nie mam za wiele. Wielką pociechą dla mnie jest wnuk Darek, który przyjeżdża do mnie aż ze Śląska. Jego dzieci też chętnie mnie odwiedzają, bardzo ich kocham. Człowiek musi mieć kogoś, kogo kocha i kto jego kocha. Mam wspaniałą sąsiadkę panią Rogowską, która wspólnie ze swą córką Ewą bardzo o mnie dbają. Niestety pani Rogowska, gdy była mnie nakarmić, złamała nogę. Martwię się o nią. Mam też wspaniałą opiekunkę panią Agnieszkę, która przychodzi, daje mi śniadanie, ubiera mnie i kładzie spać. Jestem im wdzięczna. Ogromnie się cieszę, gdy odwiedza mnie Małgorzata Kociałkowska, kierowniczka opiekunek. Mam wrażenie, że kiedy przychodzi to w pokoju robi się jaśniej. Jestem wdzięczna tym wszystkim ludziom za to, że pamiętają o mnie. Życzę im takiego długiego życia jak moje.


Pelagia Płotka - mieszka w Żninie. Urodziła się 100 lat temu w pierwszych dniach I wojny światowej. Z siedmiorga dzieci jej rodziców Karaszewskich, żyje trójka pań. Pracowała w PSS-ach w kultowym nieistniejącym już kiosku nad Gąsawką. Jej receptą na długowieczność jest praca, bo jak mawia „nygusy długo nie żyją”. Jej specjalnością były zupy owocowe. Tęskni za towarzystwem sprawdzonych przyjaciół.

Czytaj treści premium w Expressie Bydgoskim Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Nie przegap

Wideo